24 lutego 2022 roku. 3:45 polskiego czasu. Tej daty nikt z nas nie zapomni. Nikt z nas nie zdoła wymazać z pamięci obrazów wojny, z umysłu poczucia lęku, a z serca stanu bezradności, pustki, wszechogarniającej wściekłości.

Dziś mija dokładnie ósmy dzień agresji Rosji na Ukrainę, agresji, której wszyscy podświadomie się spodziewali, a której mieli nadzieję nigdy nie doświadczyć. Obecnej sytuacji nie można zaakceptować ani w racjonalny sposób zrozumieć, gdyż stosowanie celowych aktów terroru wymierzonych również w cywili, znajduje uzasadnienie tylko w rozumie prawdziwych zbrodniarzy.

Na nurtujące nas wszystkich pytania, w kontekście obserwowanej wojny, zgodził się odpowiedzieć Pan mgr Martinas Malużinas czego efektem jest poniższy wywiad.

Jak może rozwinąć się trwający konflikt? Jak z kryzysem radzi sobie Litwa? Czy możemy liczyć na ewentualne wsparcie sił NATO?  Zapraszamy do lektury.

 

Jak przyjął Pan wiadomość o rozpoczęciu wojny na Ukrainie?

– Jako badacz wierzyłem opiniom ekspertów, faktografii, zdjęciom z satelitów, kontrwywiadom, które ostrzegały przed możliwością potencjalnej wojny. Uwzględniając w jakich warunkach jesteśmy obecnie – w czasach pandemicznych, okresie kryzysu zarówno demokracji jak i ekonomicznym, gospodarczym, finansowym, w czasie rosnącej inflacji, a także kryzysu klimatycznego; sytuacja jest tym bardziej niezwykle trudna. Pomyślałem, że możliwym celem Putina jest przede wszystkim zastraszenie Ukrainy tak, by nie wstąpiła do struktur NATO i wprowadzenie wizji “rosyjskiego miru”, bazującej na powrocie m.in. Ukrainy do strefy wpływów należącej niegdyś do Związku Radzieckiego. To jest integralny cel wizji, którą Putin chce realizować. Chce odbudować potęgę ZSRR, do którego należały m.in. kraje bałtyckie, cechujące się jednak inną mentalnością a także odrębnością językową i kulturową. Mimo to byłem absolutnie zaskoczony, że do takiej agresji może dojść w XXI wieku, w czasie zarówno ogromnego rozwoju technologicznego, ale także trudnym okresie walki z pandemią.

 

Czy ostatnie groźby Putina, odnośnie możliwości użycia broni jądrowej, możemy poczytywać jako realne zagrożenie? Czy jest to element polityki odstraszania?

– Ja widzę dwie perspektywy. Bomba atomowa może służyć zastraszaniu, ale także może wymuszać złagodzenie kierunku polityki podejmowanego przez państwa. Putin chce, aby jak najmniej państw zaangażowało się w tę wojnę. Po drugie, użycie bomby jądrowej może służyć zdobyciu stolicy, miejsca symbolicznego; centrum życia politycznego. Należy pamiętać, że Rosjanie odnieśli wiele strat na polu walki.  Dzisiaj (01.03.2022 r.) nowe szacunki pokazują, że zmarło 5710 rosyjskich żołnierzy, a zniszczono ponad 200 czołgów. Putin mógłby też chcieć sięgnąć do znanego z historii scenariusza i zbombardować Kijów tak jak podczas II wojny światowej zniszczono Hiroszimę i Nagasaki. Rosja miała na celu szybkie przeprowadzenie agresji. Liczyła, że morale Ukraińców prędko spadną. Ich plan zawiódł, dlatego też mogą chcieć teraz zintensyfikować działania wykorzystując ciężką broń po to, aby przełamać opór żołnierzy, ale także ogółu ludności. Rosja będzie chciała zmusić rząd do kapitulacji. Jednak myślę, że bardziej prawdopodobna jest perspektywa wyniszczenia Ukrainy poprzez oblężenie, a także wymuszenie emigracji ludności. Kryzys migracyjny obserwowany na Białorusi, pokazał znaczne zainteresowanie Putina tym aspektem. To jest kolejna taktyka, która miała spowodować kryzys. Nieopłacalnym jest wywoływanie migracji z terenów Syrii. Prezydent Rosji zdał sobie sprawę, że osiągnie ten sam efekt aranżując konflikt na terytorium naszego wschodniego sąsiada. Chodzi o napędzenie kryzysu migracyjnego stosunkowo tanim kosztem. Co w ostatnich dniach robi Rosja? Niszczy infrastrukturę, obiekty wojskowe i cywilne sięgając m.in. po rakiety Iskander. Putin szykuje grunt pod możliwe oblężenie Ukrainy. Wywołuje kryzys po to, by jak najwięcej uchodźców przybyło na terytorium UE.

 

Można odnieść wrażenie, że Rosjanie wysłali na front młodych, niedoświadczonych żołnierzy, ale i przestarzały sprzęt. Wszyscy mamy świadomość, że potencjał militarny Rosji zdaje się być większy.

-Tak, w mojej ocenie było to celowe działanie nastawione na rozpoznanie sytuacji i potencjału przeciwnika, ale równie ważne było obserwowanie posunięć państw UE jak i NATO. Wedle szacunków, Rosja posiada zapasy żywności, które wystarczyłyby na 55 do 60 dni ciągłych walk. Rosja nie zadała jeszcze ostatecznego ataku. Chciała otoczyć Ukrainę, odciąć od dostaw żywności, zrujnować infrastrukturę wymuszając tym samym kapitulację. Putin nie chce i nie może przegrać tej wojny. Wojna jest stałym elementem autorytarnej polityki Putina. Poprzez wywoływanie konfliktów próbuje tuszować kryzysy demograficzne, społeczne czy ekonomiczne. Chce pokazać, że poprzez wygrywanie inicjowanych przez siebie wojen, jest w stanie zapewnić Rosjanom bezpieczeństwo. Jego rodacy, zmanipulowani propagandą wierzą, że prowadzone „operacje wojskowe” niosą bezpieczeństwo Rosjanom mieszkającym na terenach objętych walkami.  

 

W Pana ocenie – czy ewentualne przejęcie Kijowa przez Rosjan i utworzenie “rządu marionetkowego” byłoby skuteczne przy oczywistej niechęci ze strony obywateli Ukrainy? Putin za pewne budowałby swój rzekomy autorytet oraz legitymizację przemocą i aktami terroru. 

– Putin potrzebuje kolejnej “marionetki”, która będzie uzależniona całkowicie od Rosji. Mimo tego, że Rosję z Ukrainą łączą pewne wspólne aspekty kulturowo-historyczne, to z całym szacunkiem, Ukraina jest niezależnym bytem państwowym, podmiotem międzynarodowym, który chce niezależnie funkcjonować. Postawa Ukraińców, na czele z Prezydentem Zełenskim (prawdziwym mężem stanu, narodzoną legendą), którą teraz widzimy pokazuje, że Ukraina jest niezależnym państwem o proeuropejskich aspiracjach, broniące swej suwerenności. 

 

Nie sądzi Pan, że paradoksalnie dopiero wojna oraz obserwowana heroiczna walka Ukraińców, zmotywowały UE do podjęcia konkretnych działań, które mogą realnie przybliżyć Ukrainę do członkostwa w tej organizacji?

Tak, ale to jest też takie symboliczne pokazanie, że UE jest teraz silna i zjednoczona; nie może teraz przegrać, nie może pokazać, że jesteśmy słabą wspólnotą. Walczymy przeciwko autokracji tyrana. Nie możemy dopuścić do uznania dwubiegunowego podziału świata. Przyjęcie Ukrainy w struktury europejskie byłoby symbolicznym wyrazem, pokazującym, że my jako Europejczycy, jesteśmy gotowi nieść pomoc. Walka przeciwko Putinowi zjednoczyła Europę. Polska ma szansę wykazać się na arenie międzynarodowej jako kraj niosący pomoc humanitarną i mocno naciskający, by tej pomocy udzielać, a to pozytywnie wpłynie na prestiż i status Polski.

 

Jak Pan ocenia sankcje nakładane przez UEFĘ, FIFĘ, FIS, FIVB, CEV czy MKOL na rosyjskich sportowców? Czy kierowanie ograniczeń w stronę sportowców, którzy nie są winni wybuchowi wojny, może być skutecznym narzędziem wywierania nacisku na Kreml?

-To pokazuje, że świat jest globalną wioską, która jednoczy się przeciwko Rosji. Najważniejszym celem jest uniemożliwienie funkcjonowania Putinowi przy wykorzystaniu wszystkich możliwych środków, zaczynając od sankcji dotyczących sfery sportu, kończąc na tych ekonomicznych. W mojej ocenie, celem takich posunięć jest także zwrócenie uwagi opinii publicznej, a w szczególności rosyjskiej opinii publicznej, na posunięcia rządzących. Chodzi o pokazanie perspektywy tak, by obywatele Rosji zrozumieli, do czego Putin doprowadza ich państwo oraz jakie są jego prawdziwe intencje. Wszystkie te sankcje i bojkoty mają na celu zmusić reżim do zaakceptowania faktu, że jeśli nie chce być krajem izolowanym, a akceptowanym na arenie międzynarodowej, to musi natychmiast zaprzestać prowadzenia tak agresywnej, imperialnej polityki. 

 

Jak Pan ocenia środki podjęte przez prezydenta Litwy związane z wprowadzeniem stanu wyjątkowego? Czy było to dobre posunięcie?

-Litwa od 2014 r. prowadzi aktywną politykę zbrojeniową jednocześnie stale wnioskując o nakładanie sankcji na Rosję. Już osiem lat temu, kraj ten obawiał się, że jako jedno z państw basenu Morza Bałtyckiego, może stać się kolejnym celem Putina. Litwa nie wpisuje się w koncepcję „budowania rosyjskiego miru”, ale może być ważna ze względu na swe strategiczne położenie. Można powiedzieć, że jest niewielkim obszarem, ale biorąc pod uwagę dostęp do Bałtyku, a także sąsiedztwo z Obwodem Kaliningradzkim, Rosja na pewno chciałaby posiadać wpływy także na tym obszarze. Wprowadzenie stanu wyjątkowego na Litwie jest wyrazem zarówno lęku, ale i pragmatycznej potrzeby postawienia sił w stan gotowości, tak by móc wywiązać się ze zobowiązań wynikających z członkostwa w NATO. Elementem litewskiej kultury politycznej jest posiadanie „większego protektora”, który byłby wstanie pomóc zapewnić jej bezpieczeństwo i w tym momencie tę funkcję pełni NATO.

 

Czy sądzi Pan, że w razie potencjalnego ataku czy to na terytorium Litwy czy Polski, nasze państwa mogłyby liczyć na faktyczną pomoc ze strony sił tego sojuszu?

W obecnym układzie geopolitycznym, NATO wydaje się jednoczyć, aczkolwiek jakby to wyglądało ciężko przewidzieć. Właśnie w takich sytuacjach uruchamia się procedurę z art. 4. i 5. traktatu powołującego NATO, w myśl których agresja na jedno z państw sojuszu oznacza powzięcie wspólnych działań, dotyczących też możliwego zapobiegania agresji, jej zwalczania bądź obrony terytorium.

 

A czy Rosję w ogóle byłoby stać na przeprowadzenie konfliktu na kolejnym obszarze?

-Myślę, że tak, ale nie przy zastosowaniu konwencjonalnych metod, które w ostatnich dniach obserwujemy na Ukrainie. To byłaby wojna hybrydowa, wykorzystująca ataki cybernetyczne, zintensyfikowane, wywoływane sztucznie migracje, podobne do tych obserwowanych na granicy z Białorusią. Ponadto pamiętajmy, że np. Litwa jest w dużym stopniu uzależniona od rosyjskiego gazu, którego zakup mocno nadwyręża litewski budżet (w samym 2021 r. import surowca pochłonął około 3 miliardy dolarów). Podwyższanie cen surowca bądź groźba przerwania ich dostaw, są więc kolejnymi potencjalnymi narzędziami w rękach Putina.

 

Litwa zadeklarowała gotowość do pomocy Polsce przy relokacji migrantów, zapewniając, że jest w stanie przyjąć około 50 tysięcy uchodźców. Czy sądzi Pan, że Litwa jest na to realnie przygotowana?

-Wedle szacunków litewskiego rządu, państwo jest gotowe przyjąć od 50 do nawet 100 tysięcy Ukraińców. Biorąc pod uwagę wielkość tego państwa jest to naprawdę duża liczba. Litwa to kraj, który od początku solidaryzował się z Ukrainą. Chce pokazać, że jest państwem demokratycznym, szanującym prawa humanitarne, krajem, który jest gotowy nieść pomoc. Już polityka prowadzona przez Prezydent Dalię Grybauskaitė, której rządy przypadają na czas aneksji Krymu, wskazuje na to, że Litwa jest bardzo solidarnym krajem.

 

Można zaryzykować stwierdzenie, że druga wojna toczy się także w Polsce, oczywiście w innym wymiarze, głównie dezinformacyjnym. Jak Pan ocenia, jaki wpływ na życie m.in. polskich obywateli ma obserwowana sytuacja za naszą wschodnią granicą?

-Najbardziej odczuwalny zdaje się być obecnie kryzys migracyjny, który generuje kolejne problemy. Pomoc, słusznie świadczona imigrantom i ukraińskim żołnierzom, powoduje jednak, że np. aktualnie w niektórych aptekach brakuje części asortymentu, ze względu na nagły wzrost ich zapotrzebowania. Ludzi ogarnia obawa przed wprowadzeniem reglamentacji produktów; nie tylko paliwa, ale właśnie też środków leczniczych. Oczywiście należy stale podkreślać, że pomoc humanitarna jest naszym obowiązkiem, który jednak pozytywnie wpływa na wizerunek i pozycję Polski na arenie międzynarodowej.

 

Zatem podsumowując – teraz najważniejsze jest zachowanie opanowania i niepopadanie w panikę. Starajmy się bazować na rzetelnych informacjach i podejść do zastanej sytuacji w sposób zadaniowy. Zastanówmy się co my oraz władze naszego państwa możemy zrobić, żeby pomóc Ukraińcom. Musimy przestać się bać, a panikę i szok przekuć w działania oraz niesienie pomocy tym, którzy teraz jej najbardziej potrzebują.

 

Rozmowę z mgr Martinasem Malużinasem przeprowadziły: Dominika Borowska i Nikola Rozworska (studentki MIPIPR, 3 rok, 1st., Ośrodek Analiz INoPiB).

Zdjęcie: Ukraina. Żołnierz z flagą /PAP/EPA/ZURAB KURTSIKIDZE /PAP/EPA