28 lutego 2026 roku Bliski Wschód wkroczył w nową, niezwykle niebezpieczną fazę eskalacji, po przekroczeniu punktu, z którego trudno mówić o szybkim powrocie do stabilności. Około 200 myśliwców należących do sił zbrojnych Izraela i Stanów Zjednoczonych przeprowadziło skoordynowane uderzenie na blisko 500 celów na terytorium Iranu. W wyniku ataku zniszczeniu uległy m.in. pałac prezydencki, siedziba Rady Bezpieczeństwa Narodowego, obiekty związane z programem nuklearnym oraz kluczowa infrastruktura wojskowa. Izraelska operacja otrzymała kryptonim „Ryczący Lew”, natomiast amerykańska – „Epicka Furia”.

Do wybuchu otwartej wojny doszło zaledwie dwa dni po fiasku negocjacji dotyczących irańskiego programu nuklearnego. Prezydent Donald Trump ogłosił rozpoczęcie działań bojowych, uzasadniając je koniecznością przeciwdziałania nieuchronnemu zagrożeniu. Oficjalnym casus belli stała się groźba użycia broni atomowej. W rzeczywistości jednak stawką konfliktu jest odpowiedź na fundamentalne pytanie o przyszły układ sił na Bliskim Wschodzie, to znaczy czy dominującą rolę utrzymają Stany Zjednoczone i Izrael, czy też przewagę zdobędzie Iran wraz ze swoją rozbudowaną siecią sojuszników, rozciągającą się od Libanu po Jemen.

Pierwsze uderzenie koalicji okazało się zaskakująco skuteczne. W jego wyniku wyeliminowany został Najwyższy Przywódca Iranu, Ali Chamenei, co natychmiast doprowadziło do poważnego kryzysu władzy w Iranie. W okresie wakatu obowiązki głowy państwa przejęła Rada Przywódcza, w skład której weszli prezydent Masud Pezeszkian, członek Zgromadzenia Ekspertów Alireza Arafi oraz szef sądownictwa Gholamhosejn Mohseni-Eżei. Choć państwo irańskie nie uległo załamaniu, znalazło się w stanie głębokiego wstrząsu instytucjonalnego w momencie, gdy równocześnie musiało prowadzić działania wojenne na wielu frontach.

Odpowiedź Iranu była zgodna z jego doktryną strategiczną, kształtowaną przez dekady w świadomości przewagi konwencjonalnej Zachodu. Państwo to przeprowadziło zmasowany odwet, wystrzeliwując ponad 100 rakiet i dronów w kierunku Izraela oraz uderzając w amerykańskie bazy w Kuwejcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Katarze i Bahrajnie. Jednocześnie ogłoszono blokadę Cieśniny Ormuz. Szczególnie zaskakująca dla obserwatorów była skala ataków na państwa Zatoki Perskiej formalnie niezaangażowane w konflikt. Wyjaśnienie tej strategii ma charakter ściśle geopolityczny. Irański minister spraw zagranicznych, Abbas Araghchi, wskazał bowiem, że państwa te ponoszą odpowiedzialność za zapobieganie wykorzystywaniu ich terytoriów przez Stany Zjednoczone i Izrael do działań przeciwko Iranowi. W istocie była to próba rozszerzenia kosztów wojny na zaplecze logistyczne przeciwnika.

Logika irańskich działań jest przejrzysta. Katar jest gospodarzem bazy al-Udeid, największej amerykańskiej instalacji lotniczej w regionie; Kuwejt dysponuje bazą Ali al-Salem oraz innymi kluczowymi punktami wsparcia operacji lądowych, a Bahrajn stanowi siedzibę Piątej Floty USA, odpowiedzialnej za bezpieczeństwo morskie w Zatoce Perskiej, na Morzu Czerwonym i Arabskim. Z kolei na terytorium Zjednoczonych Emiratów Arabskich znajduje się baza al-Dhafra. Uderzenia Iranu w te państwa nie były więc przejawem przypadkowej eskalacji, lecz elementem przemyślanej strategii mającej na celu sparaliżowanie infrastruktury wojskowej koalicji oraz wywarcie presji na państwa regionu, by ograniczyły obecność i aktywność sił amerykańskich na swoim terytorium.

Pierwsza faza konfliktu szybko ujawniła, że działania militarne nie ograniczą się do bezpośredniego starcia między głównymi aktorami. Strategia Iranu, choć oparta na racjonalnej kalkulacji geopolitycznej, zaczęła przynosić skutki odwrotne od zamierzonych. Zmasowane uderzenia na infrastrukturę państw Zatoki Perskiej, w tym ponad 800 ataków na terytorium Zjednoczonych Emiratów Arabskich doprowadziły do gwałtownej zmiany ich dotychczasowej, ostrożnej polityki balansowania między USA a Iranem. Zarówno Emiraty, jak i Arabia Saudyjska zaczęły realnie rozważać przystąpienie do koalicji amerykańsko-izraelskiej, co oznaczało dla Iranu strategiczną porażkę na poziomie regionalnym.

Jednocześnie konflikt uderzył w fundamenty światowej gospodarki. Ataki na rafinerie w Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej oraz decyzja Kataru o zawieszeniu produkcji gazu doprowadziły do gwałtownego wzrostu cen surowców energetycznych. Ropa podrożała o ponad 40% w stosunku do poziomu sprzed wybuchu wojny. Kluczowym elementem tej układanki stała się Cieśnina Ormuz, przez którą przepływało około jednej piątej globalnych dostaw ropy i znacząca część LNG kierowanego do Europy. Jej zablokowanie przez Iran było nie tylko aktem militarnym, lecz także narzędziem presji ekonomicznej i sygnałem skierowanym do globalnych rynków.

Równolegle Izrael prowadził działania na wielu frontach. Już na początku marca 2026 roku do konfliktu włączył się Hezbollah, otwierając front północny. Odpowiedź Izraela była natychmiastowa i objęła całe terytorium Libanu. Szczególnie brutalnym epizodem była operacja „Wieczna Ciemność”, przeprowadzona 7 kwietnia, w ramach której w ciągu kilkunastu minut zaatakowano ponad 100 celów. Skutki humanitarne były dramatyczne. Operacja pochłonęła 254 ofiary. W jej wyniku rannych zostało ponad 1100 rannych, a wiele osób musiało opuścić swoje domy. Liban, osłabiony wewnętrznie i pozbawiony realnych zdolności obronnych, stał się de facto przestrzenią zastępczej wojny, w której lokalni aktorzy nie mają decydującego głosu.

Konflikt bardzo szybko przekroczył ramy regionalne. Rosja i Chiny, choć formalnie niezaangażowane militarnie, aktywnie zaczęły wpływać na jego przebieg. W Radzie Bezpieczeństwa ONZ blokowały inicjatywy deeskalacyjne, jednocześnie wspierając Iran na poziomie politycznym i pośrednio operacyjnym. Rosja dzieliła się doświadczeniami wyniesionymi z wojny w Ukrainie, a Chiny zapewniały osłonę dyplomatyczną. Dla obu państw przedłużający się konflikt stanowi korzystny scenariusz strategiczny. Angażuje on bowiem zasoby Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, ograniczając ich zdolność oddziaływania w Europie Wschodniej i regionie Indo-Pacyfiku. W efekcie wojna ta przestaje być jedynie konfliktem o charakterze regionalnym, a staje się elementem szerszej rywalizacji mocarstw o kształt globalnego ładu w XXI wieku.

Reakcja państw europejskich na konflikt ma wyraźnie ambiwalentny charakter. Łączy ona polityczne potępienie z ograniczonymi możliwościami realnego oddziaływania. Niemcy określiły atak na Iran jako sprzeczny z prawem międzynarodowym i uznały go za polityczny błąd. Francja postulowała rozszerzenie rozejmu na Liban, natomiast Hiszpania odmówiła udostępnienia swoich baz wojskowych dla operacji przeciwko Iranowi. Polska z kolei zadeklarowała solidarność polityczną ze Stanami Zjednoczonymi, jednocześnie wykluczając bezpośrednie zaangażowanie militarne. Deklaracja premiera Donalda Tuska o tym, że konflikt nie dotyczy bezpośrednio polskiego bezpieczeństwa, w obliczu dynamicznej sytuacji geopolitycznej wydaje się coraz mniej przekonująca. Ewentualna długotrwała blokada Cieśniny Ormuz oznaczała bowiem wzrost cen surowców energetycznych, presję na europejskie systemy bezpieczeństwa oraz konieczność rewizji polityki energetycznej i obronnej.

W tych napiętych warunkach, na krótko przed upływem ultimatum ogłoszonego przez Donalda Trumpa, udało się doprowadzić do tymczasowego zawieszenia broni. Kluczową rolę mediacyjną odegrał Pakistan, wspierany prawdopodobnie przez dyplomację chińską. Uzgodnione warunki obejmowały dwutygodniowe wstrzymanie działań militarnych, częściowe odblokowanie Cieśniny Ormuz oraz rozpoczęcie negocjacji pokojowych. Natychmiastową reakcją rynków był spadek cen ropy o 13%, co potwierdza globalne znaczenie stabilności regionu.

Perspektywy trwałego porozumienia pozostają jednak ograniczone. Propozycja Iranu, zakładająca m.in. zniesienie sankcji, likwidację amerykańskiej obecności wojskowej w Zatoce Perskiej oraz wypłatę reparacji, jest dla USA nie do przyjęcia. Z kolei żądania Stanów Zjednoczonych dotyczące rezygnacji z programu nuklearnego i balistycznego są przez Iran postrzegane jako zagrożenie dla suwerenności i bezpieczeństwa państwa. Już dobę po ogłoszeniu rozejmu doszło do jego poważnego naruszenia. Hezbollah wznowił ostrzał Izraela, a irańskie siły ponownie zablokowały Cieśninę Ormuz, wskazując na rzekome złamanie ustaleń przez stronę izraelską.

W tym kontekście wynegocjowanie kompleksowego porozumienia na wzór wcześniejszego układu nuklearnego (JCPOA) w tak krótkim czasie wydaje się mało realne. Sam rozejm ma jednak znaczenie wykraczające poza jego formalny wymiar stanowi sygnał, że obie strony dostrzegają granice dalszej eskalacji. Bliski Wschód znalazł się w punkcie zwrotnym, w którym dotychczasowy porządek regionalny ulega erozji. Zachwiane zostały podstawowe filary stabilności czyli równowaga sił między Iranem a państwami Zatoki, mechanizmy odstraszania oraz rola Stanów Zjednoczonych jako gwaranta bezpieczeństwa. Jednocześnie żadna ze stron nie osiągnęła rozstrzygającego zwycięstwa. Iran nie zdołał wyprzeć USA z regionu, a działania amerykańsko-izraelskie, mimo znacznych strat materialnych po stronie Iranu, nie doprowadziły do załamania reżimu.

Ta symetryczna niemożność rozstrzygnięcia konfliktu tworzy szczególnie niestabilny układ czyli stan permanentnej równowagi napięcia, w którym każda kolejna eskalacja może być postrzegana jako potencjalny punkt przełomu. W praktyce oznacza to ryzyko przedłużającej się spirali przemocy. Wygasający rozejm oraz negocjacje prowadzone w Islamabadzie stanowią zatem nie tyle gwarancję pokoju, ile próbę odsunięcia w czasie kolejnej, być może jeszcze bardziej destrukcyjnej fazy konfliktu.